Do Warki nie tylko na browara – rowerowa wycieczka z Warszawy

Jedziemy do Warki, a właściwie z Warki do Warszawy, bo zdecydowaliśmy się na podróż pociągiem i powrót do stolicy na dwóch kołach. Trasa około 60–80 kilometrów, zależy z którego miejsca Warszawy zaczynacie, a ponieważ ja kończyłem na najdalszych rubieżach Białołęki i rankiem zdecydowałem się na dojazd rowerem na dworzec Warszawa Gdańska, z którego startowaliśmy, wyszło mi w sumie okrągłe 100 kilometrów. I pierwsza setka, która pękła w tym sezonie.

Są takie trasy, które niby są blisko, niby każdy o nich słyszał, a jednak długo czekają na swoją kolej. Tak było u mnie z wypadem do Warki. Miasteczko kojarzy się głównie z browarem, może jeszcze z Pilicą, ale rowerowo? Okazuje się, że to jeden z tych klasyków, które warto mieć w nogach.

Start z klimatem – Warka i okolice

Zaczynamy spokojnie – wysiadamy z pociągu i już po chwili jesteśmy na wareckim rynku. Niewielki, klimatyczny, z ładną zabudową i miejscami, w których można złapać kawę przed startem. To dobry moment, żeby wziąć głęboki oddech i mentalnie przestawić się z trybu „pociągowego” na „rowerowy”. Warka to nie tylko piwo – to także miasto z historią, związane m.in. z Kazimierzem Pułaskim. Jeśli ktoś ma chwilę, warto zahaczyć o muzeum albo przejechać się wzdłuż Pilicy, zobaczyć charakterystyczne wareckie pomniki czy zajrzeć do znajdującego się nieopodal rynku kościoła Matki Bożej Szkaplerznej wzniesionego w latach 1630-1730. Jak że to okolice wielkanocne to i w centralnym punkcie miasta znalazły się stosowne ozdoby.

Warka – Czersk: najlepszy fragment trasy

Pierwsze kilometry to czysta przyjemność. Między Warką a Czerskiem trasa prowadzi przez lasy, pola i – co charakterystyczne dla tych okolic – ogromne sady owocowe. W sezonie wiosennym i letnim to prawdziwa bajka: zapach drzew, cisza, ptaki i tylko od czasu do czasu jakiś traktor przypominający, że to jednak Mazowsze, a nie Toskania. Nawierzchnia bywa różna – trochę asfaltu, trochę szutru, czasem ubita droga leśna. Ale to właśnie ten fragment daje największą frajdę. Jest spokojnie, bez tłumów, bez ruchu samochodowego. Idealnie, żeby złapać rytm.

Zamek w Czersku – obowiązkowy przystanek

I nagle, trochę znikąd, pojawia się on – Zamek w Czersku. Ceglane mury, trzy charakterystyczne wieże i widok na dolinę Wisły robią robotę. To jeden z tych punktów, w których nawet najbardziej zdeterminowani „kilometrówcy” robią pauzę. Warto wejść na teren zamku, wdrapać się na wieżę i zobaczyć, skąd się przyjechało. Widoki są konkretne, a historia miejsca sięga średniowiecza. No i chwilę można poświęcić na zwiedzenie znajdującego się w sąsiedztwie zamku kościoła, którego nie da się przeoczyć, bo na zamkowy teren wchodzi się właśnie przez przyświątynną miedzę. Tu też często pojawiają się foodtrucki albo lokalne stoiska, więc można uzupełnić kalorie – co, umówmy się, jest absolutnie kluczowe na każdej wycieczce.

Góra Kalwaria – szybki przelot z historią w tle

Dalej kierujemy się do Góry Kalwarii. To już bardziej „cywilizowany” fragment trasy – więcej asfaltu, więcej ludzi, ale nadal całkiem przyjemnie. Miasto ma ciekawą historię jako ośrodek religijny, a jego układ urbanistyczny był wzorowany na Jerozolimie. Dziś to raczej spokojne miasteczko, przez które przejeżdża się bez większego zatrzymywania, ale warto wiedzieć, że to nie jest przypadkowy punkt na mapie. Miejsca godne uwagi? Obszerny rynek, na którym akurat podczas naszego przejazdu odbywał się świąteczny jarmark, kościół Podwyższenia Krzyża Świętego, barokowy pobenedyktyński zespół klasztorny wraz z kościołem pw. Niepokalanego Poczęcia Najświętszej Maryi Panny, dawne kolegium pijarów z 1675 r. i stara synagoga.

Konstancin-Jeziorna i Powsin – zielona końcówka

Od Konstancina-Jeziornej zaczyna się zupełnie inna jakość jazdy. Praktycznie cały czas jedziemy już ścieżkami rowerowymi. Gładki asfalt, oznakowanie, brak stresu związanego z ruchem samochodowym – można się rozluźnić i po prostu kręcić. Konstancin to uzdrowisko, więc klimat jest specyficzny: park zdrojowy, tężnia solankowa, dużo zieleni i spacerowiczów. Jeśli ktoś lubi takie klimaty, to zdecydowanie warto zrobić tu dłuższy postój.

Dalej mamy Powsin i jego okolice. Ogród botaniczny, Las Kabacki, dużo przestrzeni i świetne warunki do jazdy. To jeden z tych fragmentów, na których czujesz, że jesteś już „prawie w Warszawie”, ale jeszcze nie do końca. Ścieżki są szerokie, dobrze utrzymane, a ruch rowerowy spory – szczególnie w weekendy. To popularny kierunek wypadów dla mieszkańców stolicy, więc robi się trochę tłoczniej, ale nadal bardzo przyjemnie.

Ostatnia prosta – Warszawa

Wjazd do Warszawy jest płynny i bezbolesny. Ścieżki prowadzą praktycznie cały czas, więc nie trzeba się martwić o logistykę. W zależności od tego, gdzie kończycie, możecie odbić w stronę Wilanowa, Mokotowa czy dalej – jak ja – na Białołękę. I nagle okazuje się, że licznik pokazuje coś, co jeszcze rano wydawało się ambitnym planem. 80, 90, 100 kilometrów. I to bez specjalnego cierpienia.

Alternatywy dla tej trasy

Jeśli ktoś chce trochę pokombinować, są opcje. Zamiast klasycznej trasy można spróbować wariantu bliżej Wisła – więcej dzikiej przyrody, mniej asfaltu, ale też bardziej „terenowo”. Druga opcja to przejazd przez Chynów i dalej w stronę Piaseczna. To wariant bardziej asfaltowy, szybszy, ale mniej klimatyczny. Dla tych, którzy chcą „zrobić dystans”, a niekoniecznie szukać widoków.

Trasa Warka – Warszawa to idealne połączenie wszystkiego, co w rowerze najlepsze: trochę przygody, trochę historii, trochę komfortu i trochę wysiłku. Najlepszy fragment? Zdecydowanie odcinek Warka – Czersk. Najłatwiejszy? Od Konstancina do Warszawy. Najbardziej uniwersalna? Całość. To świetna propozycja zarówno na pierwszą dłuższą wycieczkę w sezonie, jak i na spokojny weekendowy wypad. A fakt, że można zacząć ją od podróży pociągiem, tylko dodaje jej uroku. No i najważniejsze – Warka to nie tylko browar. Choć, nie oszukujmy się, na mecie też smakuje całkiem nieźle…

Łazik z powołania, włóczęga z wyboru. Najlepiej czuję się w ruchu – czy to na górskim szlaku, czy w płaskim terenie, gdzie jedyną „przeszkodą” bywa własna kondycja. Gdy akurat nie maszeruję, przesiadam się na dwa koła i udowadniam, że mięśnie to całkiem niezły silnik. Z równą ciekawością odkrywam miejsca spektakularne i te zupełnie niepozorne. Bo choć niektóre z nich „teoretycznie nie mają nic do zaoferowania”, praktyka pokazuje coś zupełnie innego: wystarczy się dobrze rozejrzeć albo zgubić właściwą drogę. Prywatnie mąż, ojciec i pełnoetatowy personel obsługi dwóch kotów, które od dawna wiedzą, kto rządzi w domu.

Opublikuj komentarz